Tym razem o tym czego nie lubie, a co ostatnimi czasy muszę robić... tak... też nie lubię jak coś muszę! Chodzi mi o naukę... ale nie, żebym nie lubiła się uczyć – człowiek uczy się przez całe życie i takie tam, więc w sumie uczyć się lubię. Ale nie cierpię się uczyć rzeczy absolutnie dla mnie zbędnych (taaa nidgy nie wiadomo, co mi się w życiu przyda...) i takich, które absolutnie mnie nie interesują, a w razie ewentualnej potrzeby sobie to wygoogluję i już! No strzela mnie na samą myśl, że zaraz muszę zasiąść i pomarnować kolejne godzinny, jakże cennego życia mojego!
Sesja, szczególnie na studiach, które nie są do końca z powołania się wybrało, to jakaś gigantyczna strata czasu! A ja czas uważam za coś niezwykle wartościowego i bardzoooo nie lubię go marnować, ojj bardzo! Tyleeeee jest ciekawych i interesujących rzeczy do porobienia, nawet do nauczenia się (np. hiszpański ;)) ale nie... wpis w indeksie musi być... dobrze, że chociaż MOST mnie ratuje i nie mam takiego zawalenia egzaminami (kompletnie zbędnymi moim zdaniem), bo w przeciwnym razie, chyba wyszłabym z siebie, stanęła obok i zaczęła się dobitnie śmiać sama z siebie... po czym bym wróciła w siebie i zaczęła się uczyć...
Tak więc sesyjnej stracie czasu (czyt. nauce bezużytecznych rzeczy) mówię stanowcze nie... ale i tak to robię...
PS. Robię, ale nie ze zbyt dużym natężeniem, ponieważ dziś 1 koła nie zaliczyła, ale na naukę zmarnowałam tylko godzinę, więc chociaż taki tego plus!









